czwartek, 24 grudnia 2009



Wigilia

Nie mam siły zrobić jednego gestu. Leżę i patrzę w sufit. Poszłam na trochę do matki, ale szybko musiałam uciec, bo zwyczajnie nie miałam siły tkwić z tym durnym, udawanym uśmiechem na ustach!  Leżę teraz i rozmyślam... Pozapalałam świece w całym domu... Jodłowe gałązki pachną cudnie... Seweryn Krajewski śpiewa w kółko moją ukochaną kolędę. Patrzę na te ciepłe płomyczki. Smucę się. płaczę, cierpię i... tęsknię... Tęsknię za świętami, gdy byłam małą dziewczynką i miałam przy sobie jedynego mężczyznę, który kiedykolwiek mnie kochał i rozumiał. Mojego tatę... To już czwarte święta bez Niego a mnie ciągle wydaje się, że za chwile stanie w progu i uśmiechnie się do mnie... Przez lat kilka był także ON. Też stawał w progu i uśmiechal się czule, ale tylko na początku. Później nie było już uśmiechów i czułości tylko słowa i czyny, które cięły jak szkło...

Myślę... Zastanawiam się czy jeszcze choć raz w życiu będę miała święta. Choć raz jeszcze... Czy choć raz jeszcze poczuję ciepło dłoni i spojrzenia kogoś, dla kogo będę najważniejsza na świecie...

Myślę też o zmarnowanych szansach, przegranym życiu, wiecznym niedosycie czułości, dystansie do ludzi, zawiedzionych nadziejach... Myślę o strachu dnia jutrzejszego. Myśle poco to wszystko? W jakim celu jestem tutaj, na tej ziemi???
Myśli, myśli, myśli......................... Dość!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz